Świadectwo...

Jestem szczęśliwa. A to za sprawą XXXI PPMoTN. Moje życie od jakiegoś czasu było dla mnie horrorem - latami, w których oglądałam problem z alkoholem u rodziców, kłótnie, poniżenia, a nawet ich śmierć. Czasem z przerwą na reklamy, w której pojawiało się pytanie "A może jednak Bóg istnieje?" Szybko wyrzucałam to z głowy, bo przecież gdyby Bóg istniał to nie byłoby tyle zła, a do kościoła chodzą tylko stare babcie, które nie mają pojęcia jak się teraz żyje. Czas mijał, a w moim zyciu pojawiała się tragedia za tragedią, a pytanie "Czy Bóg jest?" stawało się coraz bardziej nachalne. Nachalne do tego stopnia, że zaczęłam się modlić, czasem nawet z własnej woli chodzić do kościoła. Zaczęły się różne rekolekcje, wspólnota, wszystko gdzie usilnie chciałam doświadczyć Boga, bo na ziemi z bliskich nie miałam już nikogo. Takie poszukiwanie trwało kilka miesięcy, ale ciągle to nie było to czego szukałam. Ciągle byłam nieszczęśliwa, smutna, zamknięta w sobie. Czułam pustkę, którą próbowałam zapełnić innym człowiekiem, różnymi zachowaniami.

Wierzyłam w moc modlitwy, choć powoli stawało się to coraz bardziej odległe. I to był czas, w którym w moim życiu zaczęła się pojawiać pielgrzymka. Wszędzie plakaty, zachęty ludzi, którzy w niej uczestniczyli, myśl, że może ja też powinnam się wybrać. Decyzja była trudna, bo zaczęłam wątpić czy dam rade, czy z moją wiarą powinnam. W końcu decyzja została podjęta, ale kilka dni przed pierwszym lipca rozchorowałam się, co uniemożliwiło mi udział od początku. Byłam zła, bo wszędzie mnie ta pielgrzymka prześladowała, a gdy się zdecydowałam, zdrowie nie pozwoliło mi pójść.
Ból minął pierwszego dnia pielgrzymki, przez co byłam jeszcze bardziej zła. Długo się nie zastanawiałam i kilka dni później i ja mogłam zostać pątnikiem. Na początku była to fajna przygoda, oderwanie od życia, świetna atmosfera i życzliwi ludzie. Wszyscy szczęśliwi, tylko ja nie rozumiałam dlaczego, skąd w nich tyle radości. Na koniec któregoś dnia mojego pielgrzymowania - jeden z księży, siadając obok mnie w kościele zobaczył mój smutek i zachęcił do rozmowy. I choć odrazu się nie zgodziłam, nie chciałam, bałam się, to po dwóch dniach sama o rozmowę poprosiłam. Otworzyła mi ona oczy na to co robię, a co powinnam zrobić jeszcze, by Bóg zamieszkał w moim sercu. Zachęcił do spowiedzi, której szczerze nie odbyłam przez ostatnie kilka lat, na którą zdecydowałam się natępnego dnia. I choć po niej nic się nie zmieniło to nadszedł czas Mszy Św., w której od bardzo dawna z czystym sercem przyjęłam Ciało Chrystusa. A wtedy cała pustka w moim sercu, cały strach, niepokój, smutek zamieniły się w miłość i nieopisane szczęście. Takie, że nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu klęcząc w ławce.
Choć nie było to łatwe, choć trwało to długo i często było to dla mnie niezrozumiałe... Bóg znalazł mnie i wypełnił swoją miłością, dzięki czemu wszystko jest łatwiejsze.
Dziękuję Bogu za wszystkich, którzy przyczynili się do zachęcenia mnie do pielgrzymowania, a w szczególności dziękuję za księdza, który zachęcił do rozmowy. Gdyby nie on, ja nadal usilnie szukałabym sposobu, by zapełnić swoje serce. Bóg jest i zrobi wszystko, by zamieszkać w sercu człowieka. A jeśli w to wątpisz, następnym razem wyrusz z nami.


 

-->